24 listopada 2010

Wieszaki ślubne...z okazji ślubu

Najbardziej lubię robić przedmioty z myślą o konkretnych osobach, wydarzeniach.  Lubię widzieć, że ktoś myśli ciepło o kimś, szuka czegoś wyjątkowego, specjalnego, że komuś zależy, że chce przesłać moc pozytywnych emocji. W świecie, który mnie otacza zdarza się dużo zła, smutków, przykrości. Ktoś odchodzi, ktoś kogoś rani, przechodzi obojętnie wobec cierpienia. Więc otwieram swoje serce jak dziecko, pragnę chłonąć to co najlepsze, to co pozytywne, co napędza, daje wiarę i siłę do codzienności.

Wieszaki zrobiłam dla pewnej uroczej znajomej, koniecznie miały być truskawkowe. Z radością zanurzyłam się w truskawkach tej jesieni, radosne i żywe kolory działały ożywczo. Wieszaki to prezent dla pewnego młodego małżeństwa, mam nadzieję, że się spodobają. Mam nadzieję, że kiedy będą na nie patrzyli będzie do nich płynęła cała moc sympatii i dobrych emocji :)





Read More

22 listopada 2010

Decoupage Garden likes Facebook

Choć dotychczas zawsze starałam się pisać o swoich produktach i emocjach, które motywowały ich powstanie, dziś uznałam, że napiszę też coś o otoczce, którą chciałabym stworzyć wokół Decoupage Garden.
Uwielbiam tworzyć, odnajduję się w tym co robię. Mogę powiedzieć, że lubię to, co robię i lubię patrzeć na uśmiechy, które w Was te moje przedmioty powodują. Chcę się doskonalić, tworzyć rzeczy coraz lepsze, ciekawsze, przekazujące więcej emocji by Wasz uśmiech trwał jak najdłużej, by osoby przez Was obdarowane czuły ciepło i emocje, które chcecie im przekazać.

Chciałabym również dotrzeć do jak największej liczby osób, wzbogacić ich życie moimi przedmiotami. Stąd moje pytanie czy może i prośba: dołączcie do mnie na Facebooku - od dziś możecie. Możecie polubić mój profil na Facebooku, na którym stopniowo będę wprowadzać coraz więcej nowości i niespodzianek. Możecie też polubić dowolną z moich notek/produktów przez przycisk Like pod każdą z notek. Decoupage Garden to prócz pasji - ciężka praca, która nie ma sensu bez Was i Waszych uśmiechów.



I've always tried to write here only notes about my emotions which motivated me to create each product. Today I felt that it's about time I wrote about all the stuff that's happening around Decoupage Garden.
I love to create, I fit in with what I'm doing and I feel that I can honestly tell that I like what I'm doing. I simply can't resist that heart-warming feeling that accompanies your each and every smile I see when you receive my products. But I don't want to lay down and stop here - I still feel I can and want to get better - to create products that provide you with that smile for as long as it's possible, for it to spread to all the people you give presents that come from Decoupage Garden.

I'd love to reach as many people I can to enrich their lives with items with soul and feelings. Therefore I have a question or request even: please, join me on Facebook; you can now - it's right besides this note on the right. Share Decoupage Garden with your friends, like me there while I work hard on providing you with more ideas and surprises there.
Besides fun and passion, Decoupage Garden is work and more hard work, each and every day - it's completely senseless without you.
Read More

11 listopada 2010

Czas, kiedy świat pachnie śniegiem-bombki choinkowe, cz. 1/ Time when the world smells like snow - Christmas bauble, part 1

Boże Narodzenie to dla mnie jako dziecka czas wyjątkowy. Wraca we wspomnieniach i starych zdjęciach. Mam na nich dwa kucyki i jeszcze nie noszę okularów. Mam pyzatą buzię i troszkę przestraszony wzrok. Noszę białą bluzkę z pomponami i łowickim haftem. Do tego kraciastą spódniczkę. I białe, ciepłe rajstopy. Mikołajem był mój tata. Strój św. Mikołaja uszyła potajemnie Mama. Przebierał się w czerwony płaszcz, twarz poczerniał kawałkiem węgla. Mówiłam mu wierszyk albo "Ojcze nasz" żeby pokazać że byłam grzeczna. Z wielkiego worka wyjmował opakowane prezenty i ja dawałam odpowiedniej osobie. Na fotelu siedziała moja prababcia, którą pamiętam ze wspólnych chwil wycinania łowickich kogutów i tworzenia misternych ozdób z bibuły i słomy. Kilka dni przed Wigilią to czas słodkich zapachów: kręconego maku, smażonych jabłek z cynamonem, skórki pomarańczowej, którą dodawano do ciasta. Na starej stolnicy, której używamy do dzisiaj Babcia zagniatała ciasto na pierogi. Podkradałam kawałki i kładłam na starej kuchni smażąc sobie placuszki. I ubieranie choinki. Zawsze pachnącej i prawdziwej. Stare ozdoby - dziewczynka w łowickiej spódnicy, łańcuchy, które lepiłam z papierów kolorowych. Ogromne pudła znoszone były ze strychu, odwijane z papierów i zapomnienia. Ścieraliśmy z nich kurz. Przychodziła Babcia i z nitki robiła zawieszki do cukierków, które zawsze obowiązkowo musiały wisieć na choince. Największymi łasuchami byłam ja i Dziadek i potajemnie je podjadaliśmy, ukrywając się przed sobą nawzajem. Światełka choinkowe, zapach ciepłych potraw, obecność Rodziny, łamanie się opłatkiem, serdeczne życzenia płynące z serca. 
To święta Rodziny, tego, że jesteśmy razem, że razem prowadzimy się nawzajem przez życie. Boimy się i cieszymy. Pomagamy sobie poradzić sobie z obawami i niepewnością. Myślę o starej bombce choinkowej - dziewczynce w łowickim pasiaku, która zawsze wisi na naszej choince... Przy każdej kolacji wigilijnej napełnia mnie wdzięczność za to, że wszyscy znów się spotkaliśmy...


Moje tegoroczne bombki są skromne, brak na nich brokatów, licznych ozdób i dodatków. Brak Mikołaja, brak śniegu. 




Jest bombka z łowickim wzorem, dla mojej Prababci, za to że nauczyła mnie fascynacji przeszłością i od dzieciństwa kształtowała wrażliwość na piękno w najprostszej postaci.


The first one is a gratitude-bauble decorated in Lowicz-style for my great-grandmother: for the fascination with the past she taught me and shaped my childhood with sensitivity for beauty hidden in simple forms.









Są bombki z kolędnikami dla mojej Mamy. Z podziękowaniem za wszystkie Pasterki na których byłyśmy razem. Za pokazanie mi wartości, dzięki którym wiem co jest najważniejsze. Za szacunek do tradycji, który zrozumiałam dzięki niej.


The other bauble is with the singing carolers for my Mom - with thanks for all the midnight mass on which we were together and for showing me the values so that I know what's most important in life. For the respect for tradition which she helped me to understand.






Jest bombka z Czerwonym Kapturkiem, dla mojego Dziadka, którego nie miałam szansy poznać a który pisał piękne listy i wiersze. Wieczorami przy lampie naftowej czytał książki. Prosty rolnik z Mazowsza. Każdy dzień zaczynał od modlitwy na polu. Wszyscy mówią, że jestem do niego podobna, tak jak on kocham słowo pisane, przy lampce biurkowej czytam książki wieczorami.

The last one is with Red Riding Hood, for my grandpa, whom I did not have a chance to meet but given his beautiful letters and the poems I read, I feel I know him very well. For the common-soul, little bit of physical similiarity and especially for the affection towards letters and books we both share, which for him meant reading the books with an oil lamp and starting each working day with a prayer on the open field.







For the child in me, Christmas is a special time of year. 
It comes with memories and old photos - where I have pony hair and I'm not wearing glasses yet. I have chubby face, a bit freightened stare and I'm wearing white blouse with pompoms with Łowicz embroidery, plaid skirt and white, warm tights.

My father acted as Santa wearing his apparel my Mom made secretly - he dressed his red coat and used a piece of coal to blacken his face and I had to recite a poem or tell a prayer to prove I've been a good, polite and modest girl. I've been given wrapped up presents from a big bag which I had to give to proper person. On the chair sat my great-grandmother, whom I remember for the moments when we were creating intricate decorations from tissue paper and straw. 

And a few days before Christmas it was a time of sweet scents: twisted poppy, fried apples with cinnamon, orange peel, which was added to the dough. There was an old pastry board, which we are still using, which Grandma used to do dough dumplings. I snuck and grabbed pieces and laid them on the old kitchen frying the fritters. 
And finally - dressing the Christmas tree, always fresh, smelling and true. Decorated with old ornaments - the girl in a Lowicz-style skirt, chains made from the colored paper. 
Huge boxes were lifted from the attic unrolling the paper and bringing them back from the dusty oblivion. Grandma used a thread to create hanger for sweets, which always had to hang from the Christmas tree. 
The biggest gourmands were me and Grandpa, secretly eating them and hiding it from each other. Christmas lights, the smell of warm food, the presence of every member of the family, the breaking of the wafer an greetings from the heart. 

This is the holy time for the Family. It's a sign that we're together, that together we are leading each other through life. Sometimes we are afraid and on other times we are happy and cheerful. We help each other to cope with the fears and uncertainties. I think of the old bauble hanging on the Christmas tree - a girl in a stripey Lowicz-style skirt, which always hung on our Christmas tree ... On every Christmas dinner I feel filled with gratitude for the fact that we all met again. 

My baubles are modest this year, they lack brocades, various ornaments and accessories. There's no Santa and they even lack the snow.
Read More

30 października 2010

Pyrus communis / Pospolita grusza jesieni / The common pear of autumn

Kiedy zamykam oczy i myślę o jesieni to czuję smak i zapach owocu gruszki, która rośnie za moim domem. Owoce te w niczym nie przypominają błyszczących i nieskazitelnych gruszek z supermarketów. Poobijane i niekształtne, nie idealne. Tak jakby trud wzrostu i cyklu drzewa odbijał się właśnie na nich. 
Od zawsze pamiętam to drzewo rosnące za domem. Latem dawało schronienie przed słońcem kiedy wychodziłam zrywać dojrzałe owoce truskawek. Jesienią szło się z koszykiem nazbierać gruszek, które spadały z drzewa. Mama piekła ciasto z gruszkami. Wtedy do szkoły, zamiast obowiązkowego jabłka, zabierałam dwie gruszki. Marzę o tym żeby i przy naszym domu o którym myślimy rosła grusza. Być może złudnie zdaje mi się, że poprzez to podtrzymam ciągłość wspomnień.
Chciałabym za kilka lat spojrzeć na uśmiechnięte twarze swojej rodziny i wiedzieć, że dla nich jesień również smakuje jak owoc gruszy.

Whenever I close my eyes and think of autumn I feel the taste and smell of pears  that grows behind my house. Those fruits do not resemble the glossy and pristine pears from the supermarket. In fact, completely not perfect - battered and shapeless, their form seems to resemble the effort of growth and the life cycle of the tree.

As far as I remember that tree was growing behind the house and was giving shelter from the summer sun when I was riping strawberries. In autumn I used to gather a basket of pears felt from the tree from which my mother was baking a delicious cake later.

Someday I would also like to have a pear tree near our house which we are dreaming of. Seems to me, maybe deceptively, that it will help me to bridge the gap in my life and maintain the continuity of childhood memories.

And maybe years later I'll look at the happy faces of my own family and know, that for them autumn also tastes like a pear.







Read More

23 września 2010

Kolory jesieni / Autumn Colors

Urodziłam się w listopadzie i to może dlatego jesień darzę dużym sentymentem. Mniej narzekam na deszcz i pluchę niż inni. Dobrze mi z tym spokojnym nastrojem wokół mnie. Spadające liście na wietrze zaplątane we włosy pachną drzewami. 
Zakochałam się w tej serwetce - spokojnej, jesiennej, skromnej. I takie też chciałam żeby było to pudełeczko - nieprzeładowane i subtelne. Pobielone i przetarte udekorowane koronką. 


I was born in November and that is why I am so familiar with autumn. I like the quiet atmosphere around me - I complain less about the rain and bad weather than others and I love the leaves falling in the wimd - tangled in my hair smelling trees.
I instantly felt in love with this napkin - a quiet, autumnish, modest. And I wanted this box to be this way: uncluttered and subtle, whitewashed and decorated with lace sawn.



Read More

12 sierpnia 2010

Czas nie goni nas

Pierwsze wspomnienie miasta to przepływ czasu. Namacalne doświadczenie każdej mijającej minuty realizujące się w oczekiwaniu na zmianę świateł.
Drugie wspomnienie to niepokój, szybkość rozmów, zniecierpliwienie na chwile zatrzymania spowodowane jadącymi samochodami, które nie pozwalają przejść na drugą stronę ulicy.
Po 10 latach mieszkania w dużych miastach przyzwyczajam się do tego, rozumiem tłum i szybkość. Po prostu nadal nie lubię biec w tempie, które narzucają ulice Warszawy. Nie biegnę gdy widzę zielone światło, aby tylko zdążyć, przebiec jak najszybciej do celu. Czasami wręcz spowalniam, spokojnie czekam na ulicy aż czas kolisty wypełni się w mikrokosmosie danej chwili i znów będzie można ruszyć dalej. Lubię chodzić ulicami oglądając świat, ciekawe wystawy sklepów. Lubię przysiąść na ławce z książką i myśleć o tym, że cudownym uczuciem jest żyć zgodnie ze swoim czasem.
Nie boję się upływu czasu, czasami zaskakuje mnie jak niespodziewany gość, że już, teraz, tak późno, tak szybko.  Przewidywalność upływu pór roku mnie uspokaja.
Zima to czas kiedy do mojej Babci przychodziły kobiety ze wsi drzeć pierze. Rozpalony do czerwoności piec wprowadzał mnie w senny nastrój, ludowe przyśpiewki i miękkie worki pełne pierza sprawiały, że trwanie w tym półśnie było wyjątkowym przeżyciem.
Wiosna to dotyk topniejącego śniegu. Wybierałam się na pobliskie łąki narwać bazi w oczekiwaniu na święto Zmartwychwstania.
Lato to ciepłe słońce i wiatr pachnący owocami. Z letnich wycieczek wracało się z naręczem polnych kwiatów.
Jesień to zapach ziemi i ziemniaków palonych w ognisku.
Taki czas znam najlepiej i tego mi tutaj gdzie obecnie jestem najbardziej brakuje. Upływ czasu nie boli kiedy patrzę na spadające liście i wiem, że za rok zobaczę to samo. Jak piosenką brzmią we mnie słowa.. każda rzecz ma swój czas...czas rodzenia i czas umierania. Nieuchronność losu człowieka przestaje być tak dramatyczna kiedy widzę jak świat odradza się na nowo każdej wiosny i znów mogę wybrać się do sadu narwać wiśni a zapach jaśminu dociera do mnie kiedy wracam ze spaceru.
Jedyne czego się lękam to tego czy ten mój czas dobrze wykorzystam. Ale to temat na zupełnie inną opowieść.


W ramach wspomnień o tym co już minęło i refleksji o tym co jawi się na horyzoncie powstał zegar. Jakże misterny mechanizm odmierzający nasze dni! U mnie ubrany w bukiet kwiatów, mocno pocieniowanych (oj, bałam się tego cieniowania), spękany preparatami Heritage, wypełniony pastą do spękań.


"Żyje się chwila, a czas jest tylko przezroczystą perłą wypełnioną oddechem" - H.Poświatowska







Read More

17 lipca 2010

Moje przygody z Oliverem Twistem

Jakiś czas temu tak się moje drogi potoczyły, że czekało mnie kilka godzin spędzonych na dworcu w Częstochowie. Buty wtedy miałam niezmiernie niewygodnie, siły do zwiedzania okolicy było brak. Było zimno i deszczowo i zupełnie nieprzytulnie. Marzyłam o tym żeby znaleźć się w zacisznym miejscu z książką i ciepłą herbatą. Kiedy zaczęłam szukać jakiegoś kiosku do kupienia gazety żeby chociaż troszkę skrócić czas jaki mi pozostał trafiłam na... antykwariat. A w nim - jak to w antykwariacie - prawdziwe skarby. Wyszłam z niego z dwiema siatkami książek i znacznie podniesionym poziomem szczęśliwości ogólnej (wiadomo, że nic tak nie poprawia humoru jak zgrabny stosik książek do przeczytania :). 
Jedną z książek, które wtedy kupiłam  były "Przygody Olivera Twista" Karola Dickensa. Jedna z moich ukochanych książek, nad humorem autora zaśmiewam się do łez, wzruszam się nad losem biednego Oliwera, ale przede wszystkim - chłonę opisy. Londyn hałaśliwy, pełen ludzi, niebezpiecznych zakamarków, kolorów szarego deszczowego nieba!
Kiedy trafiła do mnie ta serwetka - pomyślałam od razu - LONDYN OLIVERA TWISTA! Prości, zwyczajni ludzie, niezwykła czerwień i błękit mocno zmieszana z szarością, jakby z kurzem ulicy. 
Szkatułka została zabejcowana szarą bejcą, pokryta różnymi odcieniami błękitu i szarości i mocno przetarta. Góra cieniowana farbami akrylowymi, do tego spękanie Sottile wypełnione srebrną porporiną i lakier półbłysk Fluggera :)



Read More

14 lipca 2010

Jeżynowy klucznik

Dom mojego dzieciństwa zawsze pozostawał otwarty i zawsze ktoś w nim przebywał. Odkąd pamiętam nigdy nie wracałam ze szkoły do pustego domu. Zawsze czekała na mnie Babcia z Dziadkiem, ciepła zupa na stole pachnąca koperkiem z ogródka. Nigdy nie nosiłam przy sobie klucza do domu. Nigdy nie uczono mnie zamykania, separowania się od świata. W moim domu dzieciństwa życie nigdy nie toczyło się z dala od innych. Sąsiadka przynosiła nam śliwki w wiklinowym koszyku, ja biegałam do niej z wiaderkami pełnymi gruszek. Nigdy mi ten brak anonimowości nie przeszkadzał. 
Klucz do mojego domu jest tylko jeden, zupełnie stary, w niczym nie przypomina nowoczesnych kluczy do bezpiecznych zamków Gerdy. Wytarty, zniszczony, zamek skrzypi z wysiłku kiedy przekręca się w nim klucz. 
Świat mojego dzieciństwa był światem otwartym i przejrzystym. Im starsza byłam tym więcej odcieni się pojawiało w moim życiu i więcej kluczy. Mam z nimi problem. Klucze do mieszkania, które musi być zamknięte, klucze do samochodu, kluczyk do skrzynki pocztowej, klucz do pracy... nie pamiętam o nich. Mylą mi się, gubią się... Najwyraźniej nie umiem się obchodzić z życiem zamkniętym na zamki.  Boję się tej ostateczności, że tak łatwo zamknąć i zgubić, zamknąć i zapomnieć. O rzeczy, o człowieku...

Pomysł na klucznik chodził za mną od dawna. Wdychałam piękny zapach surowego drewna i myślałam o tym, że może czas oswoić tę przestrzeń raz otwartą, raz zamkniętą. Klucznik to taki miły przedmiot - domek dla kluczy do naszych skarbów. Niech im też będzie dobrze w życiu :)

Oczywiście wykorzystałam swój ukochany jeżynowy wzór - pocieniowałam, pokropkowałam, pobieliłam, przetarłam. Patrzę na niego z sympatią :)


Read More

13 lipca 2010

Niezbędnik młodej dekupażystki cz.1

Swoje pierwsze zakupy do bardzo koślawego decoupagu zrobiłam w sklepiku Kreateria we Wrocławiu.  Z otwartymi ustami i wypiekami na buzi patrzyłam na te wszystkie zgromadzone tam cuda nie wiedząc do czego służy przynajmniej połowa z nich. Pierwszym "dziełem" decoupage jaki wykonałam był... wieszak. To pewnie trochę dlatego do wieszaków mam największy sentyment :)
Zakupiłam farby, klej (pierwszy lepszy z brzegu) i papier ryżowy. Na dalszym etapie sięgnęłam po krak jednoskładnikowy i dzięki Bogu ominął mnie etap stosowania jednoskładnikowca na absolutnie wszystkim. W tym czasie moje przedmioty do decoupagu mieściły się w jednym koszyczku. Dzisiaj zajmują 4 regały w mieszkaniu i ich ekspansja jest powolna ale systematyczna. 
Kiedy sama zaczynałam interesować się tą techniką to zaczynałam tak naprawdę od blogów z których dowiedziałam się że jednoskładnikowiec to nie jedyny krak dostępny na rynku, kleje są rozmaite, jedne lepsze, drugie gorsze i że lakier to niekoniecznie musi być Stamperia :) 
Pomyślałam więc, że będę od czasu do czasu zamieszczać moje odkrycia i cuda dekupażowe :) bez których nie wyobrażam sobie działań twórczych, a może komuś się przydadzą, tak jak i mi kiedyś notki na innych blogach...


W dzisiejszym odcinku - KLEJ 


Pracowałam na klejach kilku firm ale moje serce zdobył ostatecznie klej firmy Perfetto zakupiony w Drzewie Sekretów. Klej jak wiadomo w przypadku decoupage znaczenie ma wielkie. Na jednych klei się lepiej na innych odczuwalnie gorzej. Są kleje do serwetek i do papieru. Ja klej Perfetto stosuję do wszystkiego. Zakochałam się w nim w momencie kiedy pozwolił mi na odklejenie i ponowne przyklejenie nadmiernie pomarszczonej... serwetki. Ci, którzy tego próbowali wiedzą, że szanse powodzenia takiego działania są mniej niż niewielkie. Serwetka, nasiąka klejem, rozrywa się w palcach podczas gdy przy kleju Perfetto niemożliwe staje się możliwe. 
Do klejenia serwetek na dużych powierzchniach stosuję metodę o której pisała również Doris na swoim blogu. Na początek dużą powierzchnię przedmiotu pokrywam cienką warstwą kleju. Czekam aż lekko podeschnie (tak żeby zostawał lekko widoczny ślad po dotknięciu palcem) po czym przykładam serwetkę do powierzchni i wygładzam za pomocą dwóch, wcześniej od niej oderwanych warstw spodnich serwetki. W ten sposób można wygładzić całą powierzchnię i ewentualne zagniecenia. Co jednak jest najważniejsze - ponieważ warstwa kleju była cienka i serwetka nie jest nasiąknięta klejem, nawet jeśli coś nam się źle ułoży to serwetkę można podnieść i jeszcze raz spróbować nałożyć tak żeby nam to odpowiadało :) Na tak wygładzoną serwetkę zdecydowanym ruchem nakładam drugą warstwę kleju w kierunku od środka na zewnątrz. I w ten oto sposób - z klejem Perfetto i sposobem nakładania oswoiłam swojego największego potwora decoupagu - klejenie serwetek na dużych powierzchniach :)
Read More

7 lipca 2010

Syringa vulgaris

Kiedy trafiłam na ten papier w Drzewie Sekretów zakochałam się od pierwszego wejrzenia :) Nie wiem czy te kwiaty towarzyszące różom to lilaki, ale ja tak już zaczęłam ten wzór postrzegać :) Lilak - nazywany potocznie bzem - to dla mnie symbol nadchodzącego lata. W dzieciństwie rósł wzdłuż niemal całej drogi z domu do szkoły. Zapach bzu... to przecież jeden z bardziej wyrazistych zapachów świata :)

Póki co z wykorzystaniem bzowego papieru powstały dwie rzeczy - pojemnik na herbatki i pudełeczko na płyty.
Miks stylów - w tle szablon cieniowany farbami akrylowymi, na to papier i ornament z masy. Pojemniczki pomalowane bejcą i bielone metodą suchego pędzla. Wiele warstw lakierów i preparat do stiuków Fluggera. 
Ot, taki komplet wiosenny :)



Read More

5 lipca 2010

Fragaria ×ananassa Duchesne - truskawkowy zapach czerwca


Nie wiem jakie wspomnienia przywołuje w Was zapach truskawek, ale dla mnie to zawsze będzie zapach pierwszych dni wakacji.  Za domem rosło całe pole truskawek, które dojrzewały proporcjonalnie do nadchodzącego końca roku szkolnego. Ich słodki zapach to zapach upalnego dnia, skóry pachnącej mocnym słońcem, ciepłych wieczorów w których razem z dzieciakami z mojej ulicy wyruszaliśmy na wyjazdy rowerowe. Dłonie były zaplamione zrywanymi na szybko truskawkami, dni były spokojne. 

Im jestem starsza, im więcej odcieni szarości dostrzegam w życiu tym chętniej wracam myślami do czasów dzieciństwa. Do wakacji w których po prostu odpoczywałam. Spędzałam dni w polu truskawek a wieczorami graliśmy w klasy na drodze naprzeciwko mojego domu. 
Wakacje to był czas pracy. Najpierw dojrzewały truskawki, później słodziutkie maliny, po nich porzeczki  a na końcu wiśnie. W rytmie życia tych owoców mijały mi wakacje. Pod koniec sierpnia byłam opalona na ciemnobrązowy kolor, moje brązowe włosy były wypłowiałe od słońca i gdzieś w głębi siebie czułam, że to takie życie jest mi najbliższe. Źle się czuję w mieście gdzie człowiek jest odseparowany od przyrody, zniecierpliwiony jej dokonaniami.

Truskawki najsłodsze, najlepsze są tuż pod koniec sezonu. Wtedy zbiera się owoce jakby spalone słońcem, najlepsze na dżemy i soki. W tym roku z takich właśnie truskawek zrobiłam nalewkę. 
Przepisów na truskawkowe przetwory jest w internecie bez liku, moja nalewka, dopiero co nastawiona, odkryciem specjalnym nie jest, ale... cieszę się, że jesienią i zimą będę mogła odkorkować butelkę i powąchać wspomnienie lata i spokoju.

Przepis na nalewkę truskawkową

1 kg truskawek zasypuję cukrem na kilka godzin. Po tym czasie dolewam 0,5 litra wódki i pół szklanki wody, dodaję przekrojoną laskę wanilii i odstawiam na 2 miesiące. Po tym czasie dodaję sok z limetki i skórkę z niej startą i ponownie odstawiam na 3 miesiące. Po tym czasie nalewkę zlewamy :)

A tymczasem - truskawkowy wieszak.  Śliczny wzór wypatrzyłam w Drzewie Sekretów i nie mogłam się oprzeć :) Przecierany, patynowany, cieniowany. Nieco zmęczony obecnymi upałami, wieszak truskawkowy w pełnej krasie :)



Read More

30 czerwca 2010

Matricaria chamomilla - Rumianek (nie)pospolity

Moje wspomnienie z dzieciństwa, jedno z najbardziej wyraźnych, to któraś msza niedzielna, wiosenna. Nie byłam w stanie zainteresować się misterium, które miało miejsce w kościele ponieważ zajmował mnie istny cud przyrody jaki widziałam na zewnątrz. Koło starego krzyża, postawionego kilkanaście lat temu w czasie misji, rosła wysoka, soczyście zielona trawa przeplatana wysokimi biało-żółtymi kwiatami rumianków. W tym całym obrazie, niemal jak na zawołanie impresjonisty, którego tylko przez pomyłkę nie było obok, igrały promienie słońca. Ot, zwykły spokojny obrazek małej wsi w której przyroda ciągle pozostaje zauważalna. 

Kiedy chodzę wśród pól na których rośnie - to mimo tego, że jest wtedy, w tym właśnie czasie i miejscu - chwastem, ogarnia mnie spokój. 
Nie jest to roślina szczególnie piękna, rośnie na polach, przydrożach i rozdrożach, porasta rozpadające się domy - może przez to właśnie jest mi taka bliska. Bo ja też lubię drogi, podróże i to stare i zniszczone. I tak jak rumianek - naprawdę nie wymagam od życia zbyt wiele.

Mimo iż tak pospolity działa niezwykle dobroczynnie - likwiduje bowiem migrenowe bóle głowy na które zdarza mi się cierpieć kiedy za mocno zatęsknię za spokojem łąk i zapachem jaki wiatr przynosi z pól w czasie żniw.

Przepis na herbatkę leczącą ból głowy i czasami tęsknotę:
Do rondelka wlewamy 0,5 l wody i gdy się zagotuje wrzucamy garść kwiatów rumianku (suszonych lub świeżych). Gotujemy na wolnym ogniu przez ok. 30 minut. Odcedzamy, słodzimy miodem akacjowym, dodajemy kilka listów suszonej mięty.

Kiedy zobaczyłam ten wzór na papierze ryżowym od razu pomyślałam o polnych rumiankach, swobodnych bukietach zbieranych prosto z łąki, które wywołują większy zachwyt niż misternie układane najpiękniejsze bukiety.

Tutaj papier posłużył za ozdobę pojemnika na CD/DVD. Przetarte krawędzie, wzór wzbogacony szablonem z wykorzystaniem masy szpachlowej pokolorowanej swobodnie, lekko przetartej. Lakier matowy.



Read More