17 lipca 2010

Moje przygody z Oliverem Twistem

Jakiś czas temu tak się moje drogi potoczyły, że czekało mnie kilka godzin spędzonych na dworcu w Częstochowie. Buty wtedy miałam niezmiernie niewygodnie, siły do zwiedzania okolicy było brak. Było zimno i deszczowo i zupełnie nieprzytulnie. Marzyłam o tym żeby znaleźć się w zacisznym miejscu z książką i ciepłą herbatą. Kiedy zaczęłam szukać jakiegoś kiosku do kupienia gazety żeby chociaż troszkę skrócić czas jaki mi pozostał trafiłam na... antykwariat. A w nim - jak to w antykwariacie - prawdziwe skarby. Wyszłam z niego z dwiema siatkami książek i znacznie podniesionym poziomem szczęśliwości ogólnej (wiadomo, że nic tak nie poprawia humoru jak zgrabny stosik książek do przeczytania :). 
Jedną z książek, które wtedy kupiłam  były "Przygody Olivera Twista" Karola Dickensa. Jedna z moich ukochanych książek, nad humorem autora zaśmiewam się do łez, wzruszam się nad losem biednego Oliwera, ale przede wszystkim - chłonę opisy. Londyn hałaśliwy, pełen ludzi, niebezpiecznych zakamarków, kolorów szarego deszczowego nieba!
Kiedy trafiła do mnie ta serwetka - pomyślałam od razu - LONDYN OLIVERA TWISTA! Prości, zwyczajni ludzie, niezwykła czerwień i błękit mocno zmieszana z szarością, jakby z kurzem ulicy. 
Szkatułka została zabejcowana szarą bejcą, pokryta różnymi odcieniami błękitu i szarości i mocno przetarta. Góra cieniowana farbami akrylowymi, do tego spękanie Sottile wypełnione srebrną porporiną i lakier półbłysk Fluggera :)



Read More

14 lipca 2010

Jeżynowy klucznik

Dom mojego dzieciństwa zawsze pozostawał otwarty i zawsze ktoś w nim przebywał. Odkąd pamiętam nigdy nie wracałam ze szkoły do pustego domu. Zawsze czekała na mnie Babcia z Dziadkiem, ciepła zupa na stole pachnąca koperkiem z ogródka. Nigdy nie nosiłam przy sobie klucza do domu. Nigdy nie uczono mnie zamykania, separowania się od świata. W moim domu dzieciństwa życie nigdy nie toczyło się z dala od innych. Sąsiadka przynosiła nam śliwki w wiklinowym koszyku, ja biegałam do niej z wiaderkami pełnymi gruszek. Nigdy mi ten brak anonimowości nie przeszkadzał. 
Klucz do mojego domu jest tylko jeden, zupełnie stary, w niczym nie przypomina nowoczesnych kluczy do bezpiecznych zamków Gerdy. Wytarty, zniszczony, zamek skrzypi z wysiłku kiedy przekręca się w nim klucz. 
Świat mojego dzieciństwa był światem otwartym i przejrzystym. Im starsza byłam tym więcej odcieni się pojawiało w moim życiu i więcej kluczy. Mam z nimi problem. Klucze do mieszkania, które musi być zamknięte, klucze do samochodu, kluczyk do skrzynki pocztowej, klucz do pracy... nie pamiętam o nich. Mylą mi się, gubią się... Najwyraźniej nie umiem się obchodzić z życiem zamkniętym na zamki.  Boję się tej ostateczności, że tak łatwo zamknąć i zgubić, zamknąć i zapomnieć. O rzeczy, o człowieku...

Pomysł na klucznik chodził za mną od dawna. Wdychałam piękny zapach surowego drewna i myślałam o tym, że może czas oswoić tę przestrzeń raz otwartą, raz zamkniętą. Klucznik to taki miły przedmiot - domek dla kluczy do naszych skarbów. Niech im też będzie dobrze w życiu :)

Oczywiście wykorzystałam swój ukochany jeżynowy wzór - pocieniowałam, pokropkowałam, pobieliłam, przetarłam. Patrzę na niego z sympatią :)


Read More

13 lipca 2010

Niezbędnik młodej dekupażystki cz.1

Swoje pierwsze zakupy do bardzo koślawego decoupagu zrobiłam w sklepiku Kreateria we Wrocławiu.  Z otwartymi ustami i wypiekami na buzi patrzyłam na te wszystkie zgromadzone tam cuda nie wiedząc do czego służy przynajmniej połowa z nich. Pierwszym "dziełem" decoupage jaki wykonałam był... wieszak. To pewnie trochę dlatego do wieszaków mam największy sentyment :)
Zakupiłam farby, klej (pierwszy lepszy z brzegu) i papier ryżowy. Na dalszym etapie sięgnęłam po krak jednoskładnikowy i dzięki Bogu ominął mnie etap stosowania jednoskładnikowca na absolutnie wszystkim. W tym czasie moje przedmioty do decoupagu mieściły się w jednym koszyczku. Dzisiaj zajmują 4 regały w mieszkaniu i ich ekspansja jest powolna ale systematyczna. 
Kiedy sama zaczynałam interesować się tą techniką to zaczynałam tak naprawdę od blogów z których dowiedziałam się że jednoskładnikowiec to nie jedyny krak dostępny na rynku, kleje są rozmaite, jedne lepsze, drugie gorsze i że lakier to niekoniecznie musi być Stamperia :) 
Pomyślałam więc, że będę od czasu do czasu zamieszczać moje odkrycia i cuda dekupażowe :) bez których nie wyobrażam sobie działań twórczych, a może komuś się przydadzą, tak jak i mi kiedyś notki na innych blogach...


W dzisiejszym odcinku - KLEJ 


Pracowałam na klejach kilku firm ale moje serce zdobył ostatecznie klej firmy Perfetto zakupiony w Drzewie Sekretów. Klej jak wiadomo w przypadku decoupage znaczenie ma wielkie. Na jednych klei się lepiej na innych odczuwalnie gorzej. Są kleje do serwetek i do papieru. Ja klej Perfetto stosuję do wszystkiego. Zakochałam się w nim w momencie kiedy pozwolił mi na odklejenie i ponowne przyklejenie nadmiernie pomarszczonej... serwetki. Ci, którzy tego próbowali wiedzą, że szanse powodzenia takiego działania są mniej niż niewielkie. Serwetka, nasiąka klejem, rozrywa się w palcach podczas gdy przy kleju Perfetto niemożliwe staje się możliwe. 
Do klejenia serwetek na dużych powierzchniach stosuję metodę o której pisała również Doris na swoim blogu. Na początek dużą powierzchnię przedmiotu pokrywam cienką warstwą kleju. Czekam aż lekko podeschnie (tak żeby zostawał lekko widoczny ślad po dotknięciu palcem) po czym przykładam serwetkę do powierzchni i wygładzam za pomocą dwóch, wcześniej od niej oderwanych warstw spodnich serwetki. W ten sposób można wygładzić całą powierzchnię i ewentualne zagniecenia. Co jednak jest najważniejsze - ponieważ warstwa kleju była cienka i serwetka nie jest nasiąknięta klejem, nawet jeśli coś nam się źle ułoży to serwetkę można podnieść i jeszcze raz spróbować nałożyć tak żeby nam to odpowiadało :) Na tak wygładzoną serwetkę zdecydowanym ruchem nakładam drugą warstwę kleju w kierunku od środka na zewnątrz. I w ten oto sposób - z klejem Perfetto i sposobem nakładania oswoiłam swojego największego potwora decoupagu - klejenie serwetek na dużych powierzchniach :)
Read More

7 lipca 2010

Syringa vulgaris

Kiedy trafiłam na ten papier w Drzewie Sekretów zakochałam się od pierwszego wejrzenia :) Nie wiem czy te kwiaty towarzyszące różom to lilaki, ale ja tak już zaczęłam ten wzór postrzegać :) Lilak - nazywany potocznie bzem - to dla mnie symbol nadchodzącego lata. W dzieciństwie rósł wzdłuż niemal całej drogi z domu do szkoły. Zapach bzu... to przecież jeden z bardziej wyrazistych zapachów świata :)

Póki co z wykorzystaniem bzowego papieru powstały dwie rzeczy - pojemnik na herbatki i pudełeczko na płyty.
Miks stylów - w tle szablon cieniowany farbami akrylowymi, na to papier i ornament z masy. Pojemniczki pomalowane bejcą i bielone metodą suchego pędzla. Wiele warstw lakierów i preparat do stiuków Fluggera. 
Ot, taki komplet wiosenny :)



Read More

5 lipca 2010

Fragaria ×ananassa Duchesne - truskawkowy zapach czerwca


Nie wiem jakie wspomnienia przywołuje w Was zapach truskawek, ale dla mnie to zawsze będzie zapach pierwszych dni wakacji.  Za domem rosło całe pole truskawek, które dojrzewały proporcjonalnie do nadchodzącego końca roku szkolnego. Ich słodki zapach to zapach upalnego dnia, skóry pachnącej mocnym słońcem, ciepłych wieczorów w których razem z dzieciakami z mojej ulicy wyruszaliśmy na wyjazdy rowerowe. Dłonie były zaplamione zrywanymi na szybko truskawkami, dni były spokojne. 

Im jestem starsza, im więcej odcieni szarości dostrzegam w życiu tym chętniej wracam myślami do czasów dzieciństwa. Do wakacji w których po prostu odpoczywałam. Spędzałam dni w polu truskawek a wieczorami graliśmy w klasy na drodze naprzeciwko mojego domu. 
Wakacje to był czas pracy. Najpierw dojrzewały truskawki, później słodziutkie maliny, po nich porzeczki  a na końcu wiśnie. W rytmie życia tych owoców mijały mi wakacje. Pod koniec sierpnia byłam opalona na ciemnobrązowy kolor, moje brązowe włosy były wypłowiałe od słońca i gdzieś w głębi siebie czułam, że to takie życie jest mi najbliższe. Źle się czuję w mieście gdzie człowiek jest odseparowany od przyrody, zniecierpliwiony jej dokonaniami.

Truskawki najsłodsze, najlepsze są tuż pod koniec sezonu. Wtedy zbiera się owoce jakby spalone słońcem, najlepsze na dżemy i soki. W tym roku z takich właśnie truskawek zrobiłam nalewkę. 
Przepisów na truskawkowe przetwory jest w internecie bez liku, moja nalewka, dopiero co nastawiona, odkryciem specjalnym nie jest, ale... cieszę się, że jesienią i zimą będę mogła odkorkować butelkę i powąchać wspomnienie lata i spokoju.

Przepis na nalewkę truskawkową

1 kg truskawek zasypuję cukrem na kilka godzin. Po tym czasie dolewam 0,5 litra wódki i pół szklanki wody, dodaję przekrojoną laskę wanilii i odstawiam na 2 miesiące. Po tym czasie dodaję sok z limetki i skórkę z niej startą i ponownie odstawiam na 3 miesiące. Po tym czasie nalewkę zlewamy :)

A tymczasem - truskawkowy wieszak.  Śliczny wzór wypatrzyłam w Drzewie Sekretów i nie mogłam się oprzeć :) Przecierany, patynowany, cieniowany. Nieco zmęczony obecnymi upałami, wieszak truskawkowy w pełnej krasie :)



Read More